wtorek, 24 sierpnia 2021

Trzej starsi panowie? Kilka zdań o Analog Overdose 6

Poniższy tekst zatytułowałem nieco przewrotnie. Trio Fanger/Schönwälder/Ulbrich ma wprawdzie dość wysoką średnią wieku (powyżej 63 lat)  ale nie jest to przeszkodą w interesującej aktywności twórczej. Niejeden młodszy artysta mógłby pozazdrościć tym panom świeżych pomysłów, talentu, warsztatu i umiejętności (przy okazji wziąć przykład z tego, że nie tylko pomysł się liczy). Dobitnym tego przykładem jest najnowsza płyta wymienionych wyżej muzyków pt. Analog Overdose 6 wydana w czerwcu 2021.
 
W odróżnieniu od innych pozycji z serii Analog Overdose muzycy dość znacznie odbiegają od klasycznych (sekwencyjnych) elektronicznych klimatów na rzecz swego rodzaju eksperymentu. Eksperymentu polegającego na mariażu krautrocka, postrocka, rytmów o rodowodzie downtempo/IDM, a nawet klimatów rodem ze space disco. Wszystko umiejętnie okraszone elektronicznymi sekwencjami. Wydawałoby się, że takie łączenie dość odległych stylów niczego dobrego nie przyniesie. W tym przypadku niejeden słuchacz będzie mile zaskoczony, choć osoby poszukujące mniej rytmicznych klimatów mogą, kolokwialnie mówiąc, kręcić nosem.
Gitarowe partie Ulbricha umieszczone na pierwszym planie nadają płycie charakterystyczny rockowy  ryt (szczególnie wybija się tu kompozycja pt. Sportmolle). Nie zabraknie też kompozycji stricte elektronicznych, choć muszę przyznać, że na tle tych postrockowych wypadają nieco blado. 
Analog Overdose 6 to muzyka zdecydowanie optymistyczna, żeby nie powiedzieć lekka. Jednakże nie trąci banałem. Z kolażu dźwięków jaki  słuchacz znajdzie na płycie wynurza się dość zaskakujący obraz. Obraz który określiłbym mianem post-rocka elektronicznego. To powoduje, że wydawnictwo mimo swej lekkości staje się w pewnym sensie pozycją dla koneserów.
Artyści muzycy z długoletnim stażem mają różne recepty i pomysły na swego rodzaju utrzymywanie się na fali muzycznych trendów. Jean Michel Jarre poszedł w kierunku IDM (moim zdaniem stał się przez to mniej wyrazisty, niejako „utonął” w powodzi innych, często lepszych, produkcji z tego nurtu). Schönwälder i s-ka  obrali inną drogę. Artyści nie opuszczając nurtu klasycznej muzyki elektronicznej, sięgają po elementy z innych gatunków włączając je do swoich wizji. W takim przypadku grupa docelowa odbiorców będzie oczywiście mniejsza. Muzyka za to będzie bardziej wartościowa, poruszająca, zapadająca na dłużej w pamięci i pobudzająca do wielokrotnych powrotów.
Przed oficjalną publikacją AO 6 można było znaleźć w sieci krótkie spoty zapowiadające wydawnictwo. Widać na nich, że tworzenie sprawia panom ogromną radość, co zresztą uważny słuchacz wyłapie w trakcie zapoznawania się z opisywaną płytą.
Grzegorz Cezary Skwarliński ©

czwartek, 8 lipca 2021

Zapiski leniwego recenzenta #1

 
Ostatnimi czasy nie jestem zbyt aktywny tekstowo. Brakuje odpowiedniej motywacji. Ani covidowe czasy, ani okres letniej kanikuły nie są jednak tego powodem. Jeszcze rok temu (maj 2020) wydawało się, że motywacja do pisania recenzji pozostanie na dłużej za sprawą nowego/starego redaktora prowadzącego portalu Wywrota.pl ale na początku 2021 wszystko, kolokwialnie mówiąc, rypło (no prawie, portal istnieje, ale życia w nim niewiele).
Do przelewania myśli na papier/klawiaturę jednak ciągnie. Może nie w takim stopniu aby powstała z tego jakaś recenzja konkretnej płyty (tu właśnie “odzywa się” mój leń) ale przynajmniej luźny  “potok” spostrzeżeń i wniosków. Dlatego też postanowiłem ruszyć z cyklem tekstów, które można określić mianem felietonów (choć na felietony mogą być za długie i zbyt chaotyczne). Teksty nie będą odbiegać od tematów muzycznych i literackich, ale z pewnością będzie w nich szersze spojrzenie, niż to zwykle bywa w moich recenzjach (których notabene pisać nie przestanę, ale będą z pewnością rzadsze).
Tematem pierwszego „felietonu” miał być odwieczny konflikt, który sprowadza się do pytania: Co jest lepsze stare czy nowe? Pomysł zrodził się na kanwie dyskusji jaka niedawno rozgorzała na jednej z facebookowych grup tematycznych, które obserwuję. Może w przyszłości wypowiem się na ten temat bardziej konkretnie. Na obecną chwilę  skończyło się na tym, że „nabazgrałem” kilka zdań o… space-disco (czyli w sumie o czymś starym, ale w pewnym kontekście także „nowym”).
Dlaczego akurat space-disco? Zaintrygował mnie ten gatunek  ponieważ w krótkim odstępie czasu natrafiłem na wzmianki o nim. W pierwszej kolejności było to przy opisie płyty Analog Overdose 6 tria Fanger/Schönwälder/Graf-Ulbrich (recenzja płyty w przygotowaniu), potem przy informacji o nowym wydawnictwie Projekt Records (Bandcamp, Alan Elettronico – Electric Mind).
Space-disco co to takiego? Niełatwo odnaleźć  informacje. Gatunek powstał na fali popularności filmów science fiction: Gwiezdne wojny (1977) i Bliskie spotkania 3-go stopnia (1977). Od ówczesnego disco odróżniał się zmniejszeniem roli wokalu (jeśli już był obecny, to często przetworzony vocoderem) na rzecz zwiększenia ilości brzmień generowanych przez instrumenty elektroniczne (w użyciu był nawet automat perkusyjny). Związki z muzyką elektroniczną były dość wyraźne. Najbardziej znany wykonawca space-disco to francuski zespół Space. Gatunek nie ewoluował zbytnio. Życie miał krótkie ale dość intensywnie (1977-1980, choć niektóre źródła podają krótszy okres). Uważny słuchacz wyłapie w kompozycjach różnych artystów z lat 80-tych zaliczanych do synth-wave (a w szczególności space-synth) jego echa. 
Wspomniany wcześniej włoski kompozytor Alan Elettronico przypomniał swoim albumem ten w sumie zapomniany gatunek muzyki. Nadaje mu nowocześniejszy (jeszcze bardziej zelektronizowany) charakter. Jako podsumowanie niech posłuży cytat z opisu zamieszczonego na Bandcampie.
Electric Mind to dualistyczna podróż włoskiego syntezatorzysty Alana Elettronico. Najpierw zabiera słuchacza w kosmiczną odyseję przez nieznane galaktyki, międzygwiezdną podróż na retro-futurystycznych statkach kosmicznych o dziwnych kształtach i prawie czujących, robotycznych towarzyszach, kwestionujących sens życia. Po drugie to podróż w przeszłość, rekonstrukcja brzmienia przyszłości, jaka powstała w złotych latach space-disco (1977-1980).”
 
Dla zainteresowanych:
Battlestar Galactica (1978) Giorgio Moroder: https://www.youtube.com/watch?v=JdTHl9GsdjM



czwartek, 20 maja 2021

Senne koszmary Andrusa

Muzyka i obraz ruchomy (film) są ze sobą mocno związane. Bywa, że jest to związek nierozerwalny (np. muzyka Philipa Glassa do eksperymentalnych dzieł dokumentalnych Godfreya Reggio: Koyaanisqatsi, Powaqqatsi, Naqoyqatsi). Bywa, że ścieżka dźwiękowa jest na tyle uniwersalna, że może żyć swoim własnym życiem (np. muzyka Vangelisa do Blade Runner’a). Głównym zadaniem soundtracków jest mimo wszystko odpowiednie podkreślenie/przekazanie nastroju jaki niesie (ma nieść) dany obraz. Jest jednak pewna grupa filmów gdzie kompozycje nie tylko wybijają się ponad swoją rolę ale niejako ratują dany obraz. Moim zdaniem tak jest w przypadku rosyjskiego filmu  Coma (Кома) z 2019 roku.
Coma to obraz  z ciekawym pomysłem na fabułę ale dość nieudolnie opowiedzianą historią. Film może zaskoczyć oprawą wizualną i nastrojem, który oscyluje gdzieś pomiędzy Matrixem a Incepcją. I właśnie ten nastrój kompozycje Andrusa umiejętnie podkreślają. Muzyka nie uratuje całokształtu, mimo najszczerszych chęci. Jednakże jest na tyle dobrze „skrojona”, że niedociągnięcia fabularne filmu stają się jakby mniej zauważalne. Większość kompozycji zawartych na płycie skojarzy się z dark ambientem. Dark ambientem, który jest dość „agresywnie” podszyty dub’em (sekcja symfoniczna też ma sporo do powiedzenia). Takie połączenie mocno oddziałuje na słuchacza tworząc nastrój nie tylko tajemniczości ale też nieustannego zagrożenia. Idealnie wpasowuje się tematykę obrazu. W oderwaniu od filmu kompozycje niczego jednak nie tracą (nawet zyskują, ponieważ mogą „uwolnić” wyobraźnię).
Coma ma niestety wady charakterystyczne dla większości ścieżek dźwiękowych. Niektóre kompozycje są zdecydowanie za krótkie (ponieważ ilustrują konkretną scenę). Od premiery filmu do publikacji muzyki minęło  kilka miesięcy (soundtrack ukazał się na wiosnę 2020). Kompozytor jednak nie zdecydował się na wydłużenie utworów (i ewentualne usunięcie powtarzających się motywów). Czy to dobrze, czy to źle trudno powiedzieć. Moim zdaniem trochę szkoda. Klimaty dźwiękowe jakie udało się Andrusowi stworzyć są intrygujące. Gdyby trwały dłużej płyta byłaby mroczniejsza (w pozytywnym znaczeniu).
Grzegorz Cezary Skwarliński ©

P.S. Zainteresowani odnajdą materiał na Soundcloud

niedziela, 16 maja 2021

Wyprawa do innego świata

Ultimae to francuska niezależna wytwórnia specjalizująca się w wydawaniu muzyki zaliczanej do nurtu downtempo i chillout. Spotkamy tu mało popularnych ale godnych uwagi artystów. Są też zespoły bardziej znane szerszemu gronu odbiorców, choćby Carbon Based Lifeforms.

CBL to szwedzki duet zajmujący się tworzeniem muzyki, którą często określa się mianem ambient. Czy na pewno? Moim zdaniem ambient to gatunek/nurt, który  niesie ze sobą specyficzny, nieuchwytny i wieloznaczny klimat, niekoniecznie z wyodrębnioną melodią (kompozycje o wolnym tempie nie oznaczają od razu   ambientu). W twórczości zespołu spotkamy  zaś płyty bliższe stylistyce downtempo/chillout niż o stricte ambientowym charakterze. Jednak niektóre dokonania CBL niosą ze sobą na tyle specyficzny klimat, że  przy  odpowiednich warunkach i zaangażowaniu słuchacza mogą  dostarczyć intrygujących doznań tak jak niejedna ambientowa pozycja. Przykładem takiego ambientowego w swoim wyrazie wydawnictwa jest płyta Twentythree z 2011.
 
Okładka sygnująca materiał oraz tytuły kompozycji sugerują obecność  „kosmicznych” nastrojów dźwiękowych. To jednak tylko wskazówka. Odbiór jest w dużej mierze uzależniony od aktualnego nastroju słuchacza, miejsca i czasu odsłuchu. Kompozycje zamieszczone na płycie nie muszą wywoływać kosmicznych skojarzeń. Są jednak niezwykle ilustracyjne, sugestywne i dość melodyjne jak na ambient. W związku z czym pozostawiają duże pole manewru dla… wyobraźni słuchacza tworząc specyficzny klimat tajemniczości. Co z jednej strony może być źródłem uspokojenia, z drugiej powodem nieokreślonego niepokoju. I w sumie na tym można zakończyć. Muzyki zawartej na płycie nie sposób jednoznacznie określić/przyporządkować. Jest wielowarstwowa i każda próba jej opisania będzie tylko nieudolnym przybliżeniem niesionych nastrojów.

Zamiast podsumowania proponuję niewielki eksperyment. Wybrać się z płytą i słuchawkami na spacer do lasu w pochmurny dzień. Ważne aby był to okres kiedy drzewa są bez liści i nie ma ptasiej aktywności dźwiękowej (krajobraz industrialny też się sprawdzi w tej roli). Doznania będą z pewnością zaskakujące.

Grzegorz Cezary Skwarliński ©

niedziela, 3 stycznia 2021

ROD, czyli poczuj kaszubskiego ducha. O muzyce inspirowanej słowiańskimi tradycjami

Zoharum to polskie niezależne wydawnictwo zajmujące się promowaniem i wydawaniem muzyki eksperymentalnej. Znajdziemy więc tu szereg artystów z kręgu ambientu, industrialu, electroacoustic, idm itp. Label jednak nie ogranicza się do wspomnianych gatunków. Dowodem na to jest choćby najnowsza płyta zespołu ROD.
 
Grupa ROD to wejherowskie trio, którego  twórczość jest inspirowana słowiańskimi tradycjami jakie (w różnej  formie) przetrwały do dnia dzisiejszego. Najnowszy album zespołu opowiada o Kaszubach. Nie jestem Kaszubem „z dziada pradziada” ale duch regionu nie jest mi obcy (nie tylko za sprawą miejsca narodzin). Dlatego  też tytuł płyty,  Pòczuj kaszëbsczégò dëcha, od razu zwrócił moją uwagę.


ROD, przy współudziale innych artystów, tworzą muzykę, którą przy pierwszym spotkaniu można uznać za folk. Jest to jednak zbyt daleko idące uproszczenie. Co więc w istocie proponuje zespół? Czego może spodziewać się potencjalny słuchacz? Energii. Energii zaskakującej, bo płynącej z połączenia brzmień instrumentów elektronicznych z brzmieniami tradycyjnych instrumentów  ludowych (a także instrumentów dawnych) wraz z charakterystycznymi partiami basowymi. Takie łączenie dwóch bardzo odmiennych światów muzycznych zawsze jest karkołomnym posunięciem. W przypadku ROD ten krok okazał się jednak właściwy. Powstała niecodzienna, oryginalna, energetyczna mieszanka. Mieszanka, która raz skojarzy się z rockiem, raz z folkiem, w innym miejscu z trip-hopem lub d'n'b. Do tej muzyki można swobodnie pobujać się, poszaleć przy niej skacząc, ale też zadumać się nad przesłaniem jakie niosą niebanalne teksty (nierzadko  zaangażowane społecznie) zamieszczonych na płycie piosenek. Dawno nie  miałem spotkania z tak niepowtarzalnym powiewem świeżości. 

Podejrzewam, że koncerty ROD niosą ze sobą jeszcze więcej energii. W obecnej pandemicznej dobie szanse na takie spotkania są niestety znikome. Pozostaje więc sięgnąć po Pòczuj kaszëbsczégò dëcha, a jeden z zamieszczonych utworów -  Chceme le so zazec  niech będzie swoistym zaproszeniem do zapoznania się z twórczością zespołu.

Grzegorz Cezary Skwarliński

P.S. Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Wywrota.pl

sobota, 2 stycznia 2021

Suzanne Ciani i jej syntezator

Suzanne Ciani jest kompozytorką, pionierką w dziedzinie muzyki elektronicznej. Od ponad czterdziestu lat jest aktywną artystką. Porusza się w wielu obszarach muzycznych: czysto elektronicznych, fortepianowych (solo, z orkiestrą, z zespołem jazzowym), a także okołomuzycznych (ścieżki dźwiękowe do filmów, gier wideo i… reklam).

Życie zaskakuje na różne sposoby. Głównie są to sprawy przyziemne (mniej lub bardziej miłe), ale zdarzają się też zaskoczenia innego rodzaju. O Suzanne Ciani słyszałem niejednokrotnie, ale jakoś nie miałem okazji zapoznać się bliżej z jej bogatą twórczością. Dopiero zapis z koncertu Live Buchla Performance at Lapsus 2019  jaki odbył się w Barcelonie, gdzie główną rolę odgrywały charakterystyczne syntezatory modularne Buchli, przyciągnął mnie… i niezwykle pozytywnie zaskoczył. Gwiazdą wymienionego wyżej wydarzenia była właśnie Suzanne Ciani i jej syntezator Buchla 200e. Kompozytorka, aktualnie starsza pani, dała niezwykły popis muzyczny.

Tej muzyki nie da się z niczym porównać. Lata temu określano taką twórczość awangardą (i moim zdaniem awangardą pozostała). Z pozoru niepowiązane dźwięki generowane przez syntezator układają się w przedziwną melodię, która przy każdym odsłuchu odsłania swoje kolejne niuanse (duży wpływ na odbiór ma aktualne samopoczucie słuchacza). Czego tu nie ma… Trochę nieperkusyjnej dynamiki, mnóstwo „zgrzytów”, „pisków”, „chrzęstów”, subtelnych przesterów i nieoczekiwanych zmian barw (które niczego nie imitują tak jak w przypadku techniki samplingu). Dźwięki te tworzą niepowtarzalną atmosferę, którą śmiało można porównać do tej, jaką jest w stanie stworzyć jazz. Swobodna, radosna i nieograniczona improwizacja.

Buchla ma opinię syntezatora z duszą. Nie jestem w stanie stwierdzić czy słusznie. Ma to jednak niewielkie znaczenie. To co Suzanne Ciani potrafi wyczarować za pomocą tego elektronicznego narzędzia (Buchla 200e nie ma fortepianopodobnych klawiszy), zasługuje na owację na stojąco (entuzjastyczne głosy zgromadzonej publiczności dobitnie świadczą o niezwykle wysokim poziomie występu). O czym tu więcej pisać? Nic tylko słuchać.


Grzegorz Cezary Skwarliński

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Wywrota.pl